|
Turniej w Yorkville w pigułce.
Z tarczą (oraz pustymi butelkami) wrócili Stalowcy z XXIII turnieju w Yorkville.
Po raz pierwszy w historii turniejów polonijnych Stalowcy nie wyszli z grupy. Podobnie jak nasza reprezentacja narodowa kilka tygodni wcześniej. Ba, analogii pomiędzy obydwoma jedenastkami można znalezć o wiele więcej. Można więc pisać o sztucznie dmuchanym przez media balonie, tajemniczych kontuzjach, złych Webbach, etc...
Po co?
Nie ma co owijać w bawełnę - nie wyszliśmy z grupy, ponieważ na to nie zasłużyliśmy. Kropka.
Z kronikarskiego obowiązku odnotujmy jednak, jak wyglądał turniej z biało-niebieskiej perspektywy.
Pierwszy mecz Stalowcy rozegrali z zespołem Orawa. Niestety, Stalowcy wyszli do tego spotkania na glinianych nogach i w pierwszej połowie zagrali klasyczną tragedię. W drugiej było już znacznie lepiej, ale suma sumarum mecz przegraliśmy 0 - 1.
Szkoda, gdyż był to najsłabszy zespół w grupie, typowe łogórki, z którymi jednak zagraliśmy mizerię rodem z baru mlecznego. Na postawę Stalowców kolosalny wpływ miał fakt, że większość naszej ekipy do hotelowych łóżek zrobiła "check in" dopiero nad ranem. Oficjalnie - jest to wina opóznionego lotu. Nieoficjalnie - kierownik drużyny robi w tej kwestii dochodzenie.
W drugim meczu (z Podwójnie Czarnym Dunajcem) Stalowcy musieli wygrać, aby prolongować swoje szanse na awans z grupy. Zaczęło się planowo, wszak już w piątej minucie Stalowcy objęli prowadzenie. Mariusz Kopczewski rzutem na linię wywalczył rzut karny, którego pewnym egzekutorem okazał się Dominik Brodziński. Wydawało się, że Stalowcy pójdą za ciosem, kiedy nastąpiło pięć feralnych minut, które wstrząsnęły naszą drużyną. Trudno to sobie wyobrazić, ale w przeciągu tego odstępu czasu aż trzech zawodników Stali doznało poważnych kontuzji, które wyeliminowały ich z turnieju, a szanse zespołu na sukces zostały praktycznie przekreślone do zera. Wojciecj Kiwak i Norbert Ostapczuk skręcili kolano, a Arek Sobków kostkę. Przy skromnej liczebnie kadrze było to klasycznym harakiri dla naszych nadzieji na korzystny rezultat. Stalowcy posiadali tylko dziewięciu graczy w polu, więc w rolę napastnika musiał się wcielić nominalny bramkarz, Marcin Czerwiński. Rywale skrzętnie wykorzystali osłabienie kadrowe Stalowców wygrywając cały mecz 4 - 2. Drugą bramkę dla Stalowców zdobył Mariusz Kopczewski.
Przed trzecim meczem Stalowcy dysponowali tylko dziewięcioma zdrowymi graczami w polu, ale graliśmy do końca. Nie oddaliśmy trzeciego meczu walkowerem, jak zrobiły to dwa inne zespoły, które po dwóch meczach zostały wyeliminowane z turnieju. Pokazaliśmy jaja i paradoksalnie w ostatnim już meczu pokazaliśmy najlepszą piłkę. Przegraliśmy jednak 0 - 3 z pózniejszym finalistą turnieju - zespołem Capitol Czarni Jasło.
Reasumując, nie był to udany turniej dla biało-niebieskiego zespołu - oczywiście tylko i wyłącznie w aspekcie stricto sportowym.
Niestety, kadrowo nie wyglądaliśmy najlepiej. Kilku zawodników wycofało się tuż przed samym turniejem, ktoś nie dojechal i kilka dni przed wylotem musieliśmy w pośpiechu łatać skład. Suma sumarum z pierwszego zespołu pojechało tylko czterech zawodników - Marcin Czerwiński, Dariusz Cioczek, Dominik Brodziński i Seweryn Grzywna. Skład został uzupełniony najlepszymi zawodnikami drugiego zespołu - Lukaszem Bienkiem, Mariuszem Kopczewskim, Andrzejem Górnisiewiczem, Wojciechem Kiwakiem i Arkiem Sobkowem. Wydatnie wspomogli nas również Paweł Basisty, oraz Bogumił Potocki z drużyny Korony Bay Ridge, oraz Janusz, Norbert i Grzegorz z drużyny Polonii Mielec Chicago. Właśnie ta mozaika klubowa spowodowała, że przypominaliśmy zlepek drużyny, wszak na codzień wszyscy grają w czterech różnych zespołach. Trudno więc było spodziewać się finezji, zgrania, czy płynnej gry.
Na pewno nie rozpieszczała nas nierówna płyta boiska. Stalowcy są rozpieszczeni grą na karpetach - wszak przez cały rok gramy tylko i wyłącznie na takich boiskach. Własnie to "topografia" płyty przyczyniła się do trzech poważnych kontuzji, które okazały się przysłowiowym gwozdziem do trumny...
Nie ma sensu jednak szukać tanich usprawiedliwień - z grupy nie wyszliśmy, ponieważ na to nie zasłużyliśmy.
Turniej polonijny jest okazją do celebrowania polonijnej piłki, spotkań ze znajomymi i kumplami, całodobowego imprezowaniem a wynik jest często sprawą drugorzędna. Im szybciej uświadomimy sobie takową kolejność - tym lepiej.
Dodajmy, że z porażek nikt nie robił tragedii. Nie winiliśmy sędziów, regulaminu, nie przekupywalismy rywali, nie szukaliśmy walkowerów. Przegraliśmy na boisku.
Niestety, nie można tego powiedzieć o wszystkich zespołach uczestniczących w turnieju. Podczas trwania imprezy wycofały się dwa zespoły, które w ordynarny sposób wykorzystały komiczne luki w regulamienie. Własnie poprzez rejteradę zespołu "Szymański" do dalszej rundy nie przeszedł główny faworyt, drużyna Polonii Mielec Chicago.
Jako klub wyrażamy nadzieję, że kluby które uczestniczyły w tej haniebnej "hućpie" dostaną dożywotniego bana na udział w turniejach polonijnych.
Generalnie, nie był to udany turniej dla drużyn z Nowego Jorku. Los Stalowców podzielili zawodnicy z Polonii NY, którzy po raz kolejny nie potrafili wyjść z grupy. W ich przypadku rozczarowanie musi być znacznie większe. Nasi sąsiedzi z Brooklynu pojechali na turniej wydatnie wzmocnieni kadrowo, oraz szkoleniowo, wszak na ławce trenerskiej zasiadł "nadtrener" Romuald Szukiełowicz.
O tym, że w przyrodzie istnieje równowaga, przekonaliśmy się po meczu finałowym, w którym to triumfował trzeci przedstawiciel ze Wschodniego Wybrzeża - drużyna Piast Polonii Passaic.
W przekroju turnieju byli drużyną najlepszą i zasłużenie pokonali w finale Capitol Czarni Jaslo 1 - 0. W półfinale zawodnicy Piasta w rzutach karnych pokonali gospodarza imprezy, zespół Podlasia. W regulaminowym czasie był remis 1 - 1. Można zaryzykować twierdzenie - że właśnie ten mecz był przedwczesnym finałem.
W imieniu zarządu klubu gratulujemy kolegom z Passaic!
Dodajmy, że miano najlepszego zawodnika turnieju trafiło do Lukasza Hausnera, który na codzień występuje w drużynie Wisły Garfield. Nasi kibice znają Lukasza z występów w naszym zespole w końcówe rundy wiosennej. Gratulujemy!
Generalnie, wyjazd należy ocenić pozytywnie. Oczywiście nie w aspekcie sportowym, a towarzyskim. Była okazja do"integracji" (interpretacja dowolna), której finałem był mecz w siatkówkę wodną. Drużyna w składzie: Marcin Czerwiński-Seweryn Grzywna-Artur Kurasiewicz-Arek Sobków-Pawel Solisty pokonała drużynę w składzie: Dominik Brodziński-Mariusz Kopczewski-Bogumił Radziwill-Mirosław Pasternak-Lukasz Bieniek 2 - 0.
Niestety, przy "check out" okazało się, że zabawa w wodzie słono nas kosztowała (a mowa o akwenie slodkowodnym!), gdyż musieliśmy zapłacić za to, że wylaliśmy za dużo wody z basenu! Ot, Ameryka.
Dodajmy, że organizatorzy imprezy stanęli na wysokości zadania. Co prawda raziła kiepska frekwencja (w porównaniu do 2006), ale na pewno wpływ na to miał niezbyt fortunny termin turnieju (final ME). Przyznać też trzeba, że sędziowanie stało na wysokim poziomie. Generalnie jednak, poziom sportowy turnieju był zdecydowanie niższy niż dwa lata temu.
Za rok turniej odbędzie się na Wschodnim Wybrzeżu, a trudów organizacji podjęła się Polonia NY.
Na zdjęciu triumfator turnieju - zawodnicy Polonii Passaic
| |